Free Web Hosting by Netfirms
Web Hosting by Netfirms | Free Domain Names by Netfirms

VRC : Home / Wegetarianizm

Zwierzęta są moimi przyjaciółmi a ja nie jadam przyjaciół.

Na tej stronie pojawia się między innymi kilka pytań związanych z wegetarianizmem ale nie szukaj tutaj odpowiedzi. Odpowiedzi na pytania musisz znaleźć sam.


Restauracja na krańcu wszechswiata

Tekst pochodzi z drugiego tomu “trylogii w pięciu częściach" pod tytułem “Autostopem przez Galaktykę". Trudno autora nazwać wegetarianinem ale to niektóre spośród wahań jakie ma niemal każdy z nas. Problem leży w tym, że odsuwamy je od siebie a przecież wystarczy pomyśleć...

"Restauracja na krańcu wszechświata" Douglas Adams.

Tłumaczył Paweł Wieczorek. Zysk i Sk-a Wydawnictwo. Poznań 1994.
Fragment.

Bohaterowie docierają do restauracji działającej na krańcu wszechświata aby wziąć udział w cowieczornym widowisku końca wszechświata. Wszystko jest możliwe dzięki podróżom statkami o napędzie nieprawdopodobieństwa.

Wszechświat zbliżał się do końca.
Przez kilka niekończących się sekund restauracja krążyła w oszalałej pustce. (...)
Publiczność zaczęła z wahaniem klaskać, powoli wracały normalne rozmowy.(...)
Do stołu Zaphoda Bleebelbroxa i reszty zbliżało się ogromne dojne zwierzę, olbrzymi tłusty, mięsisty czworonóg z rodziny bovinae. Mówiąc inaczej - przedstawiciel bydła domowego. Zwierzę miało wielkie bladoniebieskie oczy, krótkie rogi, na jego wargach gościło coś na kształt ujmującego uśmiechu.
- Dobry wieczór - zamuczało zwierzę, siadając ciężko na zadek. - Jestem daniem dnia. Czy mogłobym zainteresować państwo niektórymi moimi częściami? - Zwierzę lekko beknęło, z gardła wydobył mu się cichy bulgot, ułożyło wygodniej tylną część ciała i zaczęło się przyjaźnie wpatrywać w siedzących przy stoliku.
Spojrzenie zwierzęcia wywołało w Arturze i Trillian mieszaninę zdziwienia i przerażenia u Forda spowodowało wzruszenie ramion, u Zaphoda Bleeblebroxa dziki głód.
- Może kawałek łopatki? - zaproponowało zwierzę. - Duszonej w sosie z białym winem?
- Eee... twojej łopatki? - z przerażeniem wyszeptał Artur.
- Oczywiście, że mojej, proszę pana - odmuczało zadowolone zwierzę. - Nie ośmieliłobym się oferować niczyjej innej.
Zaphod już stał przy zwierzęciu i z miną znawcy ugniatał i oklepywał mu łopatkę.
- Mam świetną ogonówkę - wymamrotało zwierzę. - Ciągle ruszałem ogonem jadłem mnóstwo paszy treściwej, mam więc gdzie trzeba dużo świetnego mięsa. - Znów przyjacielsko beknęło. Odbiło mu się trawą, którą zaczęło przeżuwać. Po chwili przeżuło i przełknęło.
- A może gulasz?
- Myślisz, że to zwierzę, naprawdę chce byśmy je zjedli? - szeptem spytała Forda Trillian.
- Ja nic nie myślę - odparł Ford. Jego oczy wyglądały jak kawałki szkła.
- To, okropne! - zawołał Artur. - Jeszcze nigdy w życiu nie miałem do czynienia z czymś tak obrzydliwym!
- Co jest Ziemiaku? Zdziwił się Zaphod, który skierował uwagę na olbrzymi ogon zwierzęcia.
- Nie zamierzam jeść zwierzęcia, które mnie do tego namawia - odparł Artur. - To nieludzkie!
- Wolisz jeść zwierzę, które nie chce zostać zjedzone? - Zdziwił się Zaphod.
- Nie o to chodzi - zaprzeczył Artur, zaraz jednak się zastanowił. - W porządku - stwierdził po chwili - może i chodzi, ale mało mnie to interesuje. Nie zamierzam wgłębiać się w taką pseudofilozofię. Po prostu nie... eee...
Wszechświat szalał w górze, walcząc na śmierć i życie.
- Wezmę chyba sałatę... - wymamrotał Artur.
- A może spojrzą państwo nieco łaskawszym okiem na moją wątrobę? - zapytało zwierzę. - Powinna być już smaczna i delikatna. Miesiącami się tuczyłem.
- Poproszę sałatę - stwierdziła Artur dobitnie.
- Sałatę? - spytało zwierzę, przewracając z niezadowolenia oczami.
- Chcesz mi może dać do zrozumienia, że mam nie jeść sałaty?
- Właściwie to znam wiele warzyw, które mają na temat bycia jedzonym jednoznaczną opinię. Dlatego też postanowiono rozwiązać ów skomplikowany problem raz na zawsze i wyhodować zwierzę, które na prawdę chce być jedzone i umie wyraźnie to powiedzieć. Efektem zabiegów hodowlanych jestem ja. - Zwierzęciu udało się wykonać lekki ukłon.
- Poproszę szklankę wody - zaordynował Artur.
- Słuchaj no - przerwał mu Zaphod - chcemy coś zjeść, a nie napychać sobie brzuchy problemami. Poproszę cztery lekko wysmażone steki i, jeżeli można, duchem! Nie jedliśmy od pięciuset siedemdziesięciu sześciu miliardów lat!
Zwierzę dość niepewnie wstało. Wydało z siebie przyjazny bulgot.
- Bardzo rozsądny wybór, proszę pana, jeśli mogę tak powiedzieć. Doskonały. Już pędzę się zastrzelić. - Zwierzę odwróciło się, zdążyło jednak przyjaźnie mrugnąć do Artura. - Niech się pan nie denerwuje, zrobię to możliwie najbardziej humanitarnie.
Wolno poczłapało w stronę kuchni.

TOP


Głupie rzeczy
które słyszą
wegetarianie

 

Tekst pochodzi ze stron: Small Household Vegetarian Recipes Index - M. L. Grant

"Wszystkie te rzeczy sa prawdziwe, głównie to co ludzie mówili Tomowi lub mnie. Kilka dodatkowo powstało po sugestiach naszych wegetariańskich przyjaciół."

Powyższy materiał: Copyright 1997 by M. L. Grant. Zezwala się na darmowa dystrybucje po warunkiem umieszczenia tej notatki."

Tłumaczenie: Irek Rybark.

TOP


Niespodzianka

W zalewie zdjęć płodów ludzkich taka publikacja zaskakuje, chociaż tak naprawdę należy się spodziewać, że zanim zaczęto fotografować ludzi fotografowano zwierzęta..
Jakoś nie doczytałem się żadnych szczegółów na temat tego zdjęcia - może ty wiesz więcej?

Zdjęcie zeskanowane z pisma "YES" 1998, z artukułu na temat "World Press Foto".

TOP


Pytanie

Pytanie: Jakim zwierzęciem byłbyś, gdybyś był zwierzęciem?
Odpowiedź: Już jesteś zwierzęciem.

Douglas Coupland, "Poddani Microsoftu" ("Microserfs"), Prószyński i s-ka, W-wa 96, przeł. Jan Rybicki

TOP



Fot. I.Rybark

Kryptomięsożerność

Jeżeli jesteś wgetarianinem, ale wciąż marzysz o hamburgerach, oznacza to, że w rzeczywistości jesteś kryptomięsożercą.
Douglas Coupland, "Poddani Microsoftu" ("Microserfs"), Prószyński i s-ka, W-wa 96, przeł. Jan Rybicki

Sprawa oczywiście nie jest taka prosta bo każdy z nas ma inną drogę do wegetarianizmu. Właściwie nie wydaje mi się możliwe aby porzucić mięso z dnia na dzień. Mięso jest używką i uzależnia tak jak alkohol czy cukier. Z alkoholem nie miałem dotychczas problemów ale za to z cukrem... Byłem dzieckiem wychowywanym przez babcię i "przekarmionym". Nadopiekuńczej babci zawdzięczam dziś nadmierną liczbę komórek tłuszczowych i ciągłe problemy z wagą. Jak wiem, liczba komórek nie zmienia się zasadniczo w trakcie życia a jedynie ich zawartość - ilość tłuszczu. Tak więc od dziecka byłem karmiony "białą śmiercią" w nadmiernych ilościach i... uzależniłem się! Tak! Ale o tym dowiedziałem się dopiero gdzieś w liceum, kiedy podczas kolejnej próby zrzucenia kilogramów przeszedłem raptownie na surówki. Oczywiście nie miałem pojęcia o racjonalnym odżywianiu, o pełnej diecie ale decyzja była stanowcza. Po kilku dniach stałem się zupełnie nieznośny. Burczałem na wszystkich, byłem agresywny (jak na swoją miarę), czym nieźle naprzykrzałem się otoczeniu. Niczym światłość z nieba spłynęła na mnie wiadomość zasłyszana w radio, w audycji na temat diet. Dietetyczka rozmawiająca z reporterką opisała precyzyjnie wszystkie symptomy, które pojawiły się u mnie. Po prostu byłem "na głodzie"! Stwierdziła, że "jedno małe ciasteczko" może uczynić cuda. Oczywiście było to złamaniem zasad diety ale musiałem sprawdzić. To działa! Niestety..
Podobnie jest z mięsem. Osoba uzależniona codziennymi posiłkami do stosunkowo wysokiego poziomu białka zwierzęcego nasyconego najróżnorodniejszymi hormonami (należy się spodziewać, że zabicie zwierzęcia spowoduje u niego wydzielenie choćby adrenaliny w niezwykłej ilości), toksynami z rozkładu tkanek MUSI przeżyć szok związany z "odstawieniem" mięsa. Mięsożerca bez mięsa jest wtedy jak alkoholik na odwyku, jak narkoman na głodzie.
Tak więc "marzenia o hamburgerach" (brr!) są czymś zwyczajnym ale fizjologia to tylko jedna strona medalu. Ważniejsza jest świadomość - duch pozwoli nam zapanować nad ciałem. Nie, nie jestem mistykiem ale wiem, że aby zostać wegetarianinem trzeba tego chcieć albo, co ważniejsze, trzeba wiedzieć, że nie chce się jeść ciał zabitych zwierząt. Czasami nachodziły mnie różne "smaki" ale w zasadzie wystarczyło abym pomyślał z czego wytworzono tę pachnącą kiełbaskę z rusztu..
Jak zaczynałem? Miałem w tym dużo szczęścia. Rzeczywistość końca lat osiemdziesiątych ułatwiła mi skutecznie obniżenie zapotrzebowania na mięso. Mieszkając w akademiku, przy stosunkowo skromnych funduszach żyłem nabiałem i najpopularniejszymi warzywami. Jedynie weekendy spędzane w mięsożernym, śląskim domu powodowały, że nie byłem "trawojadem". Tyle fizjologia a świadomość zawdzięczam Ewie, która otworzyła mi oczy. Dzięki niej zacząłem myśleć a przecież WYSTRCZY POMYŚLEĆ! W zupełnie naturalny sposób zaczęliśmy prowadzić bezmięsną kuchnię, chociaż na początku jeszcze zajadaliśmy się śledziami w śmietanie (!). Śledzie też nam "przeszły" po pewnym czasie i dzisiaj mimo tego "niewegetariańskiego epizodu" w dalszym ciągu szokuje mnie stwierdzenie, że ryby to nie mięso albo, co gorsza, że ryby to nie zwierzęta. A potem dalej poszły w odstawkę: sery żółte ze względu na podpuszczkę, skórzane buty i myślenie bardziej ekologiczne: na przykład segregacja odpadów. Zacząłem zastanawiać się nad granicami ale to zupełnie osobny temat.
Wniosek jest jak mi się wydaje jeden. Wegetarianizm nie może być jedynie pozą, która przybiera się ze snobizmu. Wegetarianizm to kwestia świadomości, bo przecież WYSTRCZY POMYŚLEĆ.
24.07.1998

Wydrukowane w czasopiśmie Psubraty nr 9

TOP



Fot. I.Rybark

Wegetariańska nietolerancja.

Nie, nie ma błędu w tym tytule chociaż muszę się zgodzić, że jest przewrotny i prowokacyjny.
Zacznę może od drugiej strony. Zadziwia mnie problem braku skuteczności mojego własnego oddziaływania na otoczenie przy propagowaniu jednej z podstawowych idei jakimi się kieruję. Dlaczego wciąż rożni znajomi traktują mnie z przymróżeniem oka i nie tracąc żadnej okazji próbują żartować z tego, co dla mnie jest niemal miarą człowieczeństwa?
Przyglądam się ewolucji mego własnego zachowania wobec "ataków" mięsożerców. Na początku byłem bardzo nieśmiały, bo tak na prawdę decyzja o zaprzestaniu jedzenia mięsa ciągle walczyła z niepokojem o skutki bycia wegetarianinem. Nie wdawałem się specjalnie w dyskusje na temat mojej postawy, skutków zmiany diety bo argumenty trzeba było jakoś uzbierać - czytając, rozmawiając, myśląc. Kiedy okrzepłem, jako "szermierz słowny" pozwalałem sobie na żywiołowe polemiki nie unikając dość drastycznych argumentów. Zauważyłem, że dają efekt określenia typu "jedzenie ciał martwych zwierząt", więc nie używałem słowa "mięso", gdyż stało się ono wytarte i nie robiło na nikim wrażenia. Nikogo jakby nie obchodził aspekt moralny wegetarianizmu a argumenty drugiej strony sięgały absurdu. Ile razy wysłuchałem jakim to jestem zbrodniarzem dopuszczającym się bakteriobójstwa gdy połykam aspirynę a antybiotyki to istna bomba atomowa! Im więcej dyskusji miałem za sobą tym łatwiej było zagonić adwersarza w kozi róg ale co z tego? Pozostawał tak samo a może jeszcze bardziej zatwardziały niż przed dyskusją. Właściwie to bezpośrednio nie udało mi się nikogo przekonać! Dlaczego wszyscy moi dyskutanci tak zaciekle się bronią? Dlaczego tak twarde mają głowy w tym prostym problemie: zabijać czy nie zabijać? Zgodzenie się, że zabijanie zwierząt jest złe to przecież zwykłe podcięcie gałęzi, na której siedzą. Jeżeli przyznali by mi rację to nie mieli by innego wyjścia jak tylko zmienić "wyznanie". Po pewnym czasie przyszło zniechęcenie, bo ile razy można tłumaczyć to samo, że wcale nie mam ochoty ma ziemniaki polane sosem z pieczeni i że nie uważam nawet przecedzonego rosołu za nic dobrego. Zwyczajnie wycofywałem się z dyskusji robiąc swoje i mowiąc "bo nie!". A tymczasem większość dalej patrzy na mnie, uśmiechając się ironicznie, jak katolicy obserwujący zza firanki odświętnie ubranych świadków Jehowy pukających do drzwi.
O co tu chodzi? Mam wrażenie, że im bardziej naciskam na otoczenie tym silniejszy sprzeciw rodzi się wobec "trawożernosci". Myślę o wszystkich wokół jak o nietolerancyjnych ciemnogrodzianach a problem leży w tym, że to właśnie oni czują się zagrożeni. Nie myślą bo myślenie boli, boli jak jasna cholera a kto twierdzi inaczej ten chyba nigdy nie myślał.
Wegetarianizm jawi się jako ideologia głęboko ofensywna bo inaczej być nie może. Jak czujesz się wegetarianinie przechodząc obok restauracji McDonald's? Niestety nie jest ważne to co dzieje się w twojej głowie ale to co zrobisz i to co powiesz. Obroną przed wyrzutami sumienia jest aktywny sprzeciw wobec brutalności, agresji i nietorleancji. Ale bezkompromisowe działania przynoszą w rezultacie coś co jest postrzegane jako brak tolerancji wobec innych. Tak więc doszedłem do paranoi bo okazało się, że to ja jestem nietolerancyjny. Właśnie jakby dla potwierdzenia tej tezy w radio usłyszałem (co za świat - jako to możliwe, że to wszystko dzieło przypadku) wypowiedź pewnej kobiety mówiącej, że jakaś jej znajoma będąca wegetarianką "w głoszeniu swych poglądów wykazywała się brakiem tolerancji i przejawiała nienawiść do ludzi". Myślę, że radykalnych działań ekologów i wegetarian nie można nazywać nietolerancyjnymi. Fałszywym wydaje mi się zarzut nietolerancji wobec spraw zasadniczych. Ktoś powie, że zasadniczą sprawą jest religia i... już mamy świętą wojnę. Ale tutaj chodzi o przetrwanie świata i w tym względzie nie może być kompromisów.
08.08.1998

TOP



Fot. I.Rybark

Wegetarianin na usługach zakładów...

Życie niesie całą rzekę niespodzianek płatając nam co chwila dziwne figle. Z jednej strony byłem rozbawiony sytuacją jaka mi się wydarzyła a z drugiej sfrustrowany wyborem, który być może będzie mnie czekał. Ale od początku.
Pewnego dnia beznadziejnie traciłem czas na pewnych targach informatycznych wystając przy firmowym stoisku. Z nudów zaczepiałem przechodzących, którzy mogli stać się potencjalnymi klientami, pytając co sprowadziło ich na targi. Wiedziałem z doświadczenia, że lepiej znaleźć sobie jakieś zajęcie niż bezmyślnie gapić cię w tłum młodziaków czyszczących na podobieństwo odkurzaczy stoiska ze wszelkich materiałów reklamowych. Rozmawiając ze snującymi się apatycznie zwiedzającymi można było jakoś przeżyć do zakończenia. W końcu trafiłem na dobrze ubranego młodego człowieka, sprawiającego wrażenie informatyka poważnej firmy. Zagadnięty nie wyglądał na spłoszonego i nie przejawiał chęci szybkiego wymknięcia się natrętnemu wystawcy. Z zainteresowaniem wysłuchał tego co miałem do powiedzenia i zaczął zadawać bardzo konkretne pytania. Jak powiedział, interesował go system wspierający produkcję bo pracuje w zakładach wytwórczych. Niestety nie mógł zrewanżować mi się wizytówką ale oświadczył, że chętnie wypełni kartę klienta, którą sprytnie wyciągnąłem z notatnika. Usiedliśmy. "Bo wie pan, w naszych zakładach mamy technologię nieco odwróconą w stosunku do typowej. I to jest problem - potrzebujemy specyficznego oprogramowania.". Przez głowę przebiegały mi różnorakie możliwe rodzaje produkcji, próbowałem zgadnąć o co chodzi w tym "odwróconym procesie produkcyjnym". Czyżby zajmowali się demontażem tego co ktoś inny zmontował? Na moją prośbę o jakieś szczegóły zaczął po zaczerpnięciu oddechu: "No, na przykład jak dostaniemy krowę...". Otworzyłem szeroko oczy i zerkając na wypełnioną kartę klienta zapytałem "Krowę...?". Wszystko jasne! Odwrócony proces technologiczny mają zakłady mięsne! "No tak, krowę. I jak ją dostaniemy to jest dzielona na części, wie pan. Wisząc w magazynie mięso traci na wadze bo wysycha i trzeba to też uwzględnić...". Miałem ochotę uciec. Apage satanas! Rozmówca nie szczędził mi szczegółów, które kwitowałem lakonicznym "tak, tak rozumiem". Przestałem racjonalnie myśleć i poczułem się jakby odeszła mi świadomość. Co robić? Czy mnie, wegetarianinowi wolno z nim rozmawiać? A może wylać mu na głowę kubek z kawą? Niech mi tylko nie podaje ręki na pożegnanie! O Boże wszystkich istot!
Gdy opowiedziałem o tym zdarzeniu koleżankom i kolegom z pracy wszyscy wybuchnęli śmiechem. Przecież nie ma nic zabawniejszego od wegetarianina na usługach zakładów mięsnych. "Tak, poprowadzisz tam wdrożenie!" zaproponowała żartem moja szefowa.
A właściwie co z tego wynika? Kim powinienem być w rozmowie z człowiekiem, którego sposobu zarabiania na życie nie akceptuję? Czy powinienem być wegetariańskim wojownikiem i odrąbać mu głowę obelgami czy lojalnym pracownikiem firmy dla której pracuję?
Załóżmy hipotetycznie, że zakłady mięsne decydują się na zakup systemu w mojej firmie. Z jakichś powodów rzeczywiście zajmuję się wdrożeniem i otrzymuję polecenie wspierania kolegi informatyka z "firmy partnerskiej". Wierzę w to, że moi szefowie zrobiliby wszystko aby nie rzucić mnie na pożarcie masarzom ale... Jak rozgraniczyć sprawy profesjonalne od zasad, którymi się kieruję? W tej chwili wszystko wydaje mi się proste bo rynek pracy dla informatyków jest dość szeroki ale co by było gdybym musiał wybrać: praca albo zasady? Mam wrażenie, że zaczynamy myśleć o zasadach dopiero wtedy, gdy mamy pełne brzuchy. Tak więc nie jestem w stanie potępić głodnego, który poluje. Pojawia się kolejne pytanie o granice od których zabijanie zwierząt będzie usprawiedliwione...
15.09.1998



Fot. I.Rybark

Plastiki

Grzebiąc w przepastnych czeluściach Internetu natknąłem się na cytat zamieszczony na stronach Greenpeace. Czy trzeba to jakośc komentować?
"Chcę ci powiedzieć tylko jedno słowo. Tylko jedno słowo... plastiki!... Wielka przyszłość leży w plastikach."
(z filmu 'Absolwent', 1968, przyjaciel rodziny do Dastina Hoffmana)
"I just want to say one word to you. Just one word... plastics!... There's a great future in plastics."
(from the movie 'The Graduate', 1968, family friend to Dustin Hoffman)

A czy ty też bez umiaru pakujesz zakupy w plastikowe torebki?
Ile razy powiedziałeś sprzedawcy "proszę nie pakować"?
Czy chodzisz na zakupy ze swoją własną torbą?
24.09.1998



Fot. I.Rybark

Wstyd Pani Profesor

Stereotypy, stereotypy, stereotypy... Nawet ludzie wykształceni nie potrafią się z nich wyzwolić. Fragment wywiadu z prof. dr hab. Anną Gronowską-Senger zamieszczony w "Twoim STYLU".

TS: Mięso jest jednak najlepszym źródłem białka zwierzęcego.
AGS: Tak samo cennym jak ryby, które niestety jada się u nas tylko od święta. Przecież ryba kosztuje tyle samo co mięso. (...)

(Twój STYL 7/2001, "Czy musimy żyć bez mięsa?", str. 176)

Właściwie to powinienem być cały zachwycony, że w tak szacownym czasopiśmie pojawł sie artykuł, ktory daje wegetarianom szanse na nie popadniecie w anemię... Ale jak zwykle się czepiam. Skoro Pani Profesor tak twierdzi, to znaczy, że jednak ryby to nie mięso...

A dla "Twojego STYLU": Złota Kaszanka 2002 za propagowanie diety bezmięsnej!
22.02.2002

TOP

Komentarze? mailto:irek@post.com


BannerMania

stat4u